piątek, 10 stycznia 2014

O naturze pewnego wynaturzenia, czyli o kryzysie w USA.

Dziś chciałbym nieco oderwać się od compliance, ale pozostając przy pewnych meandrach etyki i gospodarki podzielić się kilkoma wrażeniami o kryzysie w USA. Obejrzałem ostatnio kilka mniej lub bardziej inspirujących filmów poświęconych ostatniemu wielkiemu kryzysowi w gospodarce światowej, z których największe wrażenie zrobił na mnie Inside Job z 2010r. Co ciekawe, ten dokumentalny film ogląda się jak najlepszy thriller, który w dodatku nie oferuje nam tak znanego z Hollywood, najczęściej łopatologicznego, happy endu. W tym przypadku zostajemy raczej pozostawieni sami z różnymi refleksjami, z których zasadzie żadna dla mnie nie była optymistyczna, co nie znaczy, że nie inspirująca.


Zainteresowani tematem z grubsza znają genezę krachu z 2008r., mało jednak osób, jak sądzę, rozważało załamanie na rynku derywatów w USA w kategoriach bardziej, nazwijmy to, rozległych poznawczo, niż te, które są zwykłym związkiem przyczynowo skutkowym. Inside Job rozpoczyna opowieść sięgając do 40 lat niemal nieprzerwanego wzrostu gospodarczego USA, które to lata uczyniły amerykańską gospodarkę  pierwszą gospodarka świata, jak i pośrednio wywindowały polityczne znaczenie tego kraju do roli hegemona epoki fin de siècle. W tym okresie banki inwestycyjne w Stanach były obwarowane sztywnymi regulacjami, które czyniły je małymi spółkami bardziej, niż kolosami, o których przyjęło się obecnie mówić, że są too big to fail, zbyt wielkie, by można pozwolić im upaść. Nagle, od 1982r., czyli od 32 lat rozpoczął się proces przesadnej, jak pokazuje historia, deregulacji sektora bankowego, która, na długo przed 2008r., zaowocowała już dwoma poważnymi kryzysami w amerykańskiej gospodarce i za każdym razem zaangażowane w podwaliny tych kryzysów i to na coraz większa skalę, były banki.  



Szczególnie zauważalny w Europie był słynny upadek amerykańskich dot.comów, czyli pękniecie bańki internetowej, w której działały już prężnie banki inwestycyjne windując irracjonalne wyceny wartości giełdowej promowanych spółek w kosmos oderwania od realnej wartości. To też nie dało wystarczająco do myślenia amerykańskim regulatorom. W tym czasie działał też doskonale nacisk lobbystyczny w Stanach, na zakaz regulacji chociażby derywatów. Zaangażowano także pewną cześć elit z najbardziej prestiżowych środowisk akademickich USA do promowania nowych rozwiązań  na rynkach finansowych- obrotu kredytami typu subprime na nieznaną dotąd skalę.  Film pokazuje w przystępny sposób ten mechanizm, który wykreował bańkę na rynku nieruchomości, zainfekował system bankowy i ubezpieczeniowy (upadek AIG) i doprowadził do tąpnięcia w światowej gospodarce. Szacuje się, że zapoczątkowane w 2008. zdarzenia zepchnęły ok. 50 milionów ludzi poza granicę skrajnego ubóstwa; to niejedyny z zatrważających skutków tych wydarzeń. Czy można nie spytać, jak to w ogóle było możliwe?



Gdy oderwano pożyczkodawców od odpowiedzialności za dobór portfela i mogła się tylko liczyć uzyskana prowizja, zadziałał efekt niesamowitej skali. Nietrafione decyzje centralne, połączone z radosną twórczością tzw. agencji ratingowych (oczywiście amerykańskich), które większość śmieciowych papierów, czy nawet stojących na skraju upadku Lehman Brothers, namaszczały najwyższym ratingem AAA,  chór profesorów ze znakomitych uczelni pozatrudnianych w zarządach banków; to wszystko tworzyło i sprzedawało przepowiednię, uwiarygodniło przekonanie, że będzie świetnie. I to już zawsze. To przekonanie sprzedawano przez naczynia połączone innym krajom, jak np. Islandii, która praktycznie po wybuchu kryzysu zbankrutowała. Trzy islandzkie banki zadłużyły się na sumę ponad 100 miliardów USD, co oznacza 10 letnie PKB Islandii. Co godne odnotowania, tuż przed kryzysem, oczywiście amerykański, KPMG audytował bankowy system w Islandii i też nie miał obaw. 



Nie mieli też obaw bankierzy, gdyż wypłacano w bankach w tamtym czasie największe w historii premie, sięgające dla niektórych menedżerów po kilkaset milionów dolarów. Niektóre już po wybuchu kryzysu i po dokapitalizowaniu amerykańskich banków przez rząd federalny USA, który je w zasadzie znacjonalizował.  Film pokazuje fragmenty przesłuchań bankowców z 2008r. Są chwilami wstrząsające tak, jak oświadczenia agencji ratingowych, które zapewniały w podobnych oświadczeniach, że ich ratingi nie stanowią wyceny wartości spółek, ale subiektywne przekonania. Za które brały też gigantyczne wynagrodzenia. 



Chciałbym jakoś zgrabnie zakończyć pozytywnym  przesłaniem z cyklu „ku pokrzepieniu serc”. Ale w tym przypadku po prostu nie ma na to miejsca. Chciałbym podkreślić, że w tamtych realiach nie był to obłęd jednej, źle zarządzanej organizacji. Przekroczona została masa krytyczna nacisku interesariuszy, który to nacisk zapewne zagłuszył głosy ostrożnościowe. Za compliance odpowiadają spółki i ich zarządy; mogą, lecz nie muszą słuchać one swoich doradców. Trwał wyścig sprzedażowy całego sektora finansowego.Stara paremia mówi: inter armas silent leges (łac. dosłownie: podczas wojny milkną prawa); była walka o premie i wszelkie krytyczne głosy były uciszane. Zawiodły wszystkie mechanizmy rozsądnego zarządzania, instynkty samozachowawcze przegrały w starciu z gigantyczną pokusą. Nie było miejsca na etykę, rozsądną analizę ryzyka; jedynie, powtórzmy, walka o sprzedaż na rynku szybkopsujących się finansowych dóbr. Tyle, że te dobra pociągnęły za sobą konsekwencje, jakie do dziś wszyscy, w mniejszym, lub większym stopniu, odczuwamy.  
Z drugiej strony nie można w łatwy sposób przerzucić odpowiedzialności za wszystko całemu środowisku finansowemu, wszystkim amerykańskim bankom, czy ubezpieczycielom. Instytucje te działały w oparciu o istniejący i mocno niedoskonały porządek prawny, nieistniejące lub niewykonywane regulacje. Ludzie uwierzyli, że każdego stać na własną nieruchomość. I to często dotyczyło klientów, którzy w normalnych warunkach nigdy nie dostaliby takiego, czy choćby i mniejszego kredytu. Każda samospełniająca się przepowiednia wytraca z czasem, w zetknięciu z rzeczywistością prędkość. A wtedy zwykle pęka bańka. I pękła.  


Jeżeli podoba Wam się ten post i chcielibyście pomóc mi w dotarciu z nim do Waszych znajomych, proszę polećcie go dalej (np. przez Twittera, Facebooka czy LinkedIn). Dziękuję! Konrad Sędkiewicz

2 komentarze:

  1. Konrad niestety w tym artykule niejako sam sobie zaprzeczasz: "zawiodły głosy ostrożnościowe", "wyścig sprzedażowy całego sektora finansowego", a z drugiej strony piszesz "nieistniejące [...] regulacje". Szczęśliwie na końcu pojawia się zdanie "w normalnych warunkach". Właśnie w normalnych warunkach, czy firma (w tym przypadku konkretnie instytucja finansowa) opierająca się na zdrowych fundamentach i działająca w zdrowym otoczeniu i na zdrowych zasadach pozwoliłaby sobie na takie działanie? Uprawnione jest nawet porównanie do zwykłego Kowalskiego, przecież nie pożyczałbym bym pieniędzy (odrzucając rzecz jasna na chwilę pobudki altruistyczne) komuś, kto zapewne mi ich nie odda, a zastaw jaki ktoś proponuje w momencie podjęcia próby odzyskania należności będzie dużo mniej wart i w konsekwencji jestem na tym interesie stratny.

    Dlaczego przytoczyłem dość proste porównanie Kowalskiego, ponieważ instytucje finansowe dużo lepiej musiały wiedzieć, co robią podejmując takie ryzyko. Dlaczego więc ryzyko podejmowały? A no dlatego, że istnieją REGULACJE! Po tym kryzysie sytuacja światowa (w Polsce jak na razie nie było konieczności podejmować takich decyzji) jest jeszcze gorsza niż była (w przypadku utrzymania się współczesnych ohydnych praktyk rządowych). AIG, Fannie Mae, Freddie Mac uzyskały dokapitalizowanie, to był niebywały skandal. Jedno z najbardziej szkodliwych stwierdzeń "nie można dać upaść tej instytucji, bo byłoby to niekorzystne dla gospodarki jako całości", odpowiedzialność kipi. Te regulacje mają co prawda charakter ex-post, jednak w gospodarce jako całości nie można zapominać również o regulacjach ex-ante.

    Jeśli utrzyma się taki stan rzeczy co mamy "ku pokrzepieniu serc"? Stwierdzenie, że "ta instytucja upaść nie może"? Przy pozostawieniu status quo można przypuszczać, że jakieś wydarzenie przebije rynek nieruchomości, bo ryzykować można nie tyle na granicy opłacalności, ale w ogóle sensu czy bezsensu danej inwestycji, bo przecież "nasza instytucja nie może upaść, państwo na to nie pozwoli, bo skutki społeczne były by olbrzymie, REGULACJE nas uratują".

    Sektor bankowy jako wykładnik całej gospodarki jest dość jasny. Przyczyn kryzysu w jego zarówno ekonomicznych, jak również psychologicznych jest sporo (niezwykle ciekawym jest teoria o dotychczasowym postrzeganiu człowieka, jako istoty zbyt racjonalniej tzw. homoeconomicus, co potwierdzają podręczniki do ekonomii, gdzie paradoks spekulacyjny kończy się zazwyczaj na jednym czy kilku zdaniach zdaniach, ale to temat na inną opowieść). Te które uważam za najważniejsze to owe regulacje i niespotykanie wysokie podatki- znaki naszych czasów. Podatki to znów inna dyskusja. Co do regulacji uważam, że znaleźliśmy się pod koniec pewnego etapu, "we złym rządzie najwięcej praw i rozkazów", to chyba musi niedługo upaść! Co to oznacza dla naszego tematu? Skończą się totalnie niepotrzebne REGULACJE (oczywiście nie tylko w sektorze finansowym), wtedy będzie można mówić o pełnej odpowiedzialności. Bo czy ktoś za ten kryzys poniósł prawdziwą, współmierną do swoich "zasług", osobistą odpowiedzialność?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Pawle za ciekawy, polemiczny komentarz. Rozumiem Twój punkt widzenia. Pamiętaj, że mój tekst nie stanowi naukowej rozprawy dotyczącej kryzysu napisanej przez ekonomistę, czy historyka. To raczej pewien szkic napisany z mojego punktu widzenia, siłą rzeczy skrótowo traktujący zagadnienie i często upraszczający pewne zdarzenia, by zmieścić się w formie tyleż treściwej, co szerzej przyswajalnej. Staram się pokazać pewne zjawisko prawne i ekonomiczne widziane przez pryzmat filmu dokumentalnego Inside Job, który mnie zainspirował do tego tekstu.

    Nie mogę zgodzić się natomiast z Twoją tezą, że nadmierna regulacja wywołała zatracenie się amerykańskiego sektora finansowego. Starałem się wykazać i w filmie zostało to także podkreślone, że istniał wyraźny niedostatek tych regulacji. Liczono na rozsądek i samoograniczenie się branży i ten zawiódł. Jednak unikam tu łatwego wskazywania palcem winnych, bo gospodarka to system, a zatem pewna uporządkowana sieć wzajemnych powiązań. Cała atmosfera tamtych czasów działała do pewnego momentu jako samospełniająca się przepowiednia. Było dobrze dopóki było dobrze.

    Poruszyłeś wreszcie temat odpowiedzialności osób//podmiotów odpowiedzialnych za kryzys. Postaram się szerzej w przyszłości o tym napisać.Tymczasem dziękując raz jeszcze za wartościowy głos w dyskusji zapraszam Cię do regularnego wracania.

    OdpowiedzUsuń